Imię szkoły
EDWARD BALCERZAN
Ilekroć odwiedzam przyjaciół na ulicy
Kazimiery Iłłakowiczówny w Poznaniu, (dawniej Szyszkowskiego), pytam, czy to
sprawiedliwe. że Iłła — niby Daphne z mitów greckich przemieniona w drzewo
laurowe
— przeobraziła się w przestrzeń miejską i nigdy się o tym nie dowie. Autorka
Portretów imion nie może razem z nami świętować własnego triumfu: tylko żywym
podawano portret jej imienia. To samo czułem w Cieszynie — poszukując uliczki
Juliana Przybosia. Takie wzruszenia mają sens szczególny w odniesieniu do tych,
których kiedyś znaliśmy osobiście.
Współczesność nasza jest niewymownie wstrzemięźliwa w obdarzaniu ulic, statków,
kombinatów imionami osób żyjących. Czegóż się obawiamy? Że — Jak już nieraz
bywało — żywy patron jakiejś wytwórni czy promenady zostanie zdemaskowany jako
szubrawiec. Lub że zaszkodzi mu woda sodowa. Albo że ranki i wieczory zatruje mu
zawiść innych. Nie świadczy to najlepiej o wierze w człowieka...
... zwłaszcza iż są fortele, by sobie samemu wystawić pomnik za życia — nazywając
na przykład własnym imieniem własną firmę! Prywatne wydawnictwo, biuro podróży,
zakład oczyszczania miasta — to też przestrzenie tak samo publiczne, jak skwer,
pociąg pośpieszny czy wyższa uczelnia, i tak samo oddają cześć tym, czyje noszą
imiona. Gdzie bezradna jest miłość bliźnich, tam rozstrzyga wszelkie dylematy
wszechpotęga kasy.
Ale ja (obiecałem to w felietonie Trzy małe ojczyzny, w styczniowym "Arkuszu")
chcę opowiedzieć o miłości, która podjęła walkę z obyczajami i przekonaniami
ogółu i walkę tę wygrała. Pół roku temu we
wsi Młodowice szkole tamtejszej — wolą samorządu — nadano imię poetki Ludmiły
Marjańskiej. Pani Ludmiła pisywała kiedyś wiersze dla dzieci, korespondowała z
młodymi czytelnikami, zaprzyjaźniła się listownie z młodzieńcem z Młodowic, a w
ślad za słowem pisanym poszły spotkania, wizyty i rewizyty, raz w stolicy, raz
na krańcach (wschodnich), pod Przemyślem;
wreszcie cala społeczność młodowicka poznała ją i polubiła.
Gdy przyjechaliśmy — poeci, krytycy, literaturoznawcy z różnych miast, by
towarzyszyć poetce w niecodziennej ceremonii — przywitała nas wioska niewielka,
polska, ale i poniekąd ukraińska, z cerkiewką prawosławną naprzeciwko szkoły,
cała nabrzmiała surową zielenią (był czerwiec). Trudno powiedzieć, co wzruszało
silniej, czy dzieciaki z buźkami płonącymi radosną szczerością — śpiewające
wiersze Ludmiły Marjańskiej, czy grono profesorskie — uczestniczące w tej
uroczystości z nie mniejszym przejęciem niż dzieci, czy męska, garniturowa
"góra" wiejskiej hierarchii — świętująca wygraną o żyjącego patrona szkoły
(szkło na stołach wróżyło długie świętowanie), czy wreszcie sama patronka, która
— nie mając w sobie nic posągowego — dwoiła się i troiła, dodawała dzieciakom
otuchy, podpowiadała słowa wierszy, dyrygowała, gdy śpiewały, jak gdyby nie o
nią tu szło lecz — o co?
Może o to, że zdarzają się i w naszym świecie gesty spontaniczne, wyróżnienia
bezinteresowne, nobilitacje niesterowane grą wyborczą czy zyskiem partyjnym.
Że to jest jednak możliwe.