Legenda o nazwie wsi
M Ł O D O W I C E
Dawno, dawno temu, w wieku XII i XIII na nasze ziemie najeżdżali Tatarzy. Łupili wsie i miasta, mordowali mieszkańców, młodych chłopców i dziewczęta uprowadzali w niewolę. Ludność grodów, wsi i małych osad bardzo bała się dzikich, okrutnych wojowników. Na wieść o zbliżających się hordach najeźdźców, kto żyw chwytał za broń, a niektórzy uciekali, bo nie byli w stanie przeciwstawić się potędze wroga.
Grupa
młodych ludzi, słysząc o zbliżaniu się Tatarów, uciekała w popłochu, aż
dotarła do miejsca, gdzie dzisiaj znajdują się Młodowice. Tu poczuli się
bezpieczni i rozbili swój obóz. Zachwycili się urodą tej okolicy. Piękna,
urodzajna ziemia, czysty, szumiący potok, a wokół wzgórza i lasy. Tu
postanowili pozostać i zbudować nowe domy. Wkrótce powstała osada, a
okoliczni ludzie przyjęli przybyszów serdecznie i przyjaźnie. A ponieważ
byli to sami młodzi osadnicy, ich wieś nazwali Młodowicami.
Mijały lata i wieki, wieś rozwijała się. Przetrwała też jej nazwa. W latach 70 naszą wieś, któryś z prominentnych przywódców partii, co wtedy oznaczało też władzę w państwie, wpadł na niezbyt mądry pomysł, aby pozmieniać nazwy miejscowości w Bieszczadach i na Pogórzu Przemyskim. Zmieniono nazwę Młodowic na Walterów. Decyzja przyszła nagle, nikt nie pytał mieszkańców o zgodę. Jeden z gospodarzy pojechał do Przemyśla i nie mógł wrócić, bo zawiadowca na dworcu PKS zapowiadał autobus do Walterowa, a on chciał wrócić do Młodowic, z których niedawno wyjechał. Na szczęście ten stan nie trwał długo. Zmieniła się ekipa rządząca, wróciła dawna nazwa wsi i tak jest do dzisiaj. Tylko metalowe tabliczki na niektórych domach przypominają o tym incydencie.
Legenda o dzwonach
Jednym z motywów często występujących w legendach są dzwony. Nasza wieś też ma taką opowieść. W dzwonnicy koło cerkwi w Młodowicach znajdowały się dwa piękne, o ciekawym brzmieniu dzwony. Ich dźwięk towarzyszył mieszkańcom każdego dnia, wzywał na modlitwę, ogłaszał czyjeś odejście, ostrzegał przed niebezpieczeństwem. W latach II wojny światowej Niemcy zabierali dzwony z kościołów i cerkwi i przetapiali w fabrykach produkujących broń.
Gdy do Młodowic dotarła wieść, że
okupant chce ukraść dzwony, kilku mieszkańców pod osłoną nocy zdjęło dzwony z
wieży i zakopało je w jakimś nieznanym miejscu. Na próżno żołnierze
przeszukiwali wieś i okolice. Na próżno grozili mieszkańcom. Dzwonów nie
znaleziono. Minęły lata, skończyła się wojna. Ktoś przypomniał o dzwonach.
Zaczęto ich szukać i do dnia dzisiejszego nie znaleziono.
Tylko starzy ludzie powiadają, że gdy w Niedzielę Wielkanocną ktoś w Młodowicach przyłoży ucho do ziemi, usłyszy daleki, tajemniczy głos dzwonów.
O Sólcy
W dawnych czasach sól była wielkim bogactwem. Tam, gdzie występowały jej złoża, ludzie żyli dostatnio.
Na południe od Młodowic, w
odległości ok. 3,5 km, leży niewielka wieś Sólca. Właśnie tam znajdowały się
bogate złoża słonych źródeł. Mieszkańcy kopali studnie i z nich czerpali
solankę.
Później warzyli, czyli
gotowali ją w specjalnych naczyniach zwanych czeremiami. Woda odparowywała,
a na ściankach pozostawała drogocenna sól. .Sprzedawano ją kupcom wędrującym
tędy słynnym szlakiem nad Wiarem.
W XVIII w., w latach zaborów, cesarz Austrii polecił zasypać słone źródła i zakazał warzenia soli, bo stanowiło to konkurencję dla kopalni w Wieliczce i Bochni, które teraz on eksploatował.
Mijały lata, powoli zapominano o bogactwie ukrytym w ziemi.
Dzisiaj mało kto pamięta, że tam znajdowała się sól. Pozostała jedynie nazwa wsi - najpierw Solca, a później Sólca.
O kapliczce
w kormanickim lesie
Na południowy zachód od Młodowic, w odległości ok. 2,5 km leżą Kormanice. Wieś malowniczo położona, bardzo stara, bo odkryto tu ślady osadnictwa z młodszej epoki kamiennej (ok.4000- 1800 r. p.n.e.). A pierwsza wzmianka w dokumentach pisanych pochodzi z początku XV w. (1407 r.)
Na zachód od wsi, w lesie, na stoku wzniesienia zwanego Łysą Górą, znajdowała się kapliczka, a w niej niezwykły kamień.
Były na nim odciśnięte stopy Chrystusa, bo kamień przywieziono z Ziemi Świętej. Pochodził z Drogi Krzyżowej. Miejsce to słynęło na całą okolicę. Powiadali ludzie, że kto przyjdzie tu prosić o uzdrowienie, otrzyma je. Niedaleko znajdowało się cudowne źródło, z którego woda miała również niezwykłą moc.
Podobno chcieli tu zbudować
klasztor bazylianie, którzy później osiedli pod Dobromilem.
Przez całe wieki ludzie wędrowali do tego miejsca, szukając w nim pociechy, lekarstwa na wszystkie dolegliwości. Rodzice przyprowadzali swoje dzieci, dziadkowie wnuki.
W latach wojny w tych lasach toczyły się walki. I może to było przyczyną, że ludzie zapomnieli o cudownym miejscu, ścieżki zarosły, z kapliczki pozostały gruzy, cudowny kamień zniknął, podobnie jak źródełko. Pozostała tylko legenda.
LEGENDA
O ZLEPIEŃCU Z DUBNIKA
Szumią stare jodły w turnickim lesie, mkną wartko po kamieniach wody Wiaru i Turnicy, wiatr niesie opowieści z dawnych lat.
Jeśli wybierzemy się na wędrówkę doliną rzeki, od granicy w stronę Nowych Sadów i Nowosiółek, ujrzymy w przysiółku Dubnik dużą skałę . Potężne bloki zlepieńca kruszą się, odpadają i zamieniają w piach. Na zboczach góry rosną wspaniałe jałowce. Powiadają ludzie , że miejsce to dziwne i niebezpieczne. Nazywano je Sokolą Górą lub Diabelską Górą.. Podobno skałę tę niósł kiedyś diabeł, by zrzucić ją na ziemię i zniszczyć żyjących tu ludzi. Ale przestraszył się odgłosu dzwonów rozbrzmiewających od strony kalwaryjskiego lasu. Upuścił potężne głazy na ziemię i pozostawił, rzucając jednak klątwę na to miejsce. Jeśli skała się rozkruszy, to nastąpi koniec świata. A tym szybciej będzie się rozpadać, im bardziej ludzie będą niedobrzy, zapatrzeni w siebie i własne korzyści, zapomną o innych. Ludzka pycha i egoizm dokończą diabelskiego dzieła. Wieczorem lepiej to miejsce omijać z daleka, bo złe moce urządzają tam harce i sprawiają, że wędrowcom trudno trafić do domu.
LEGENDA
O KALWARII PACŁAWSKIEJ
Andrzej Maksymilian Fredro, kasztelan lwowski, był to pan możny, bogaty i znany w Rzeczpospolitej jako człowiek wykształcony, autor pism politycznych i poseł na sejm w czasach Władysława IV i Jana Kazimierza.
Był to też człek pobożny, gorliwy katolik . W swoich dziełach pisał po łacinie o gospodarce, o potrzebie zakładania nowych osad, opieki nad rzemiosłem. Bronił złotej wolności szlacheckiej, wychwalał liberum veto i sprzeciwiał się tolerancji religijnej. W wolnych chwilach lubił jeździć konno po swych posiadłościach, polować na grubego zwierza, którego w kormanickich lasach nie brakowało.
Pewnego razu, w czasie polowania, ruszył w pogoń za uciekającym jeleniem. Zwierz umykał szybko, kasztelan, mimo że był świetnym jeźdźcem, nie mógł go dogonić .Przebył wpław rzekę Wiar i w końcu znalazł się sam, w miejscu odległym od reszty uczestników polowania. Na wzgórzu, gdzie przystanął, las był gęsty , stuletnie jodły i dęby szumiały tajemniczo.
Nagle wśród drzew ujrzał niezwykłe zjawisko. Oto potężny jeleń, z ogromnym porożem, stanął nieruchomo, a między rogami lśnił mu jasnym światłem krzyż. Koń stanął dęba i zarżał przeraźliwie. Kasztelan mocno spiął cugle i z trudem utrzymał zwierzę. Po chwili - jeleń zniknął.
Fredro pomyślał, że to znak dany od Boga . Od jakiegoś czasu nosił się z zamiarem , by w swych dobrach pobudować klasztor. Teraz już wiedział , że kościół powinien stanąć właśnie tutaj. Począwszy od 1668 roku na górze nad Wiarem pobudowano świątynię i klasztor, w którym osiedli franciszkanie, a miejsce nazwano Kalwarią, gdyż na stokach wzgórza zbudowano kapliczki, upamiętniające stacje Męki Pańskiej. Obok klasztoru powstała osada o nazwie Słoboda. W 1679r. do Kalwarii przywieziono cudowny obraz Matki Bożej, uratowany z Kamieńca Podolskiego, zdobytego przez Turków.
Odtąd miejsce to słynie cudami i każdego roku gromadzi tysiące pielgrzymów.
O MOGILE TATARSKIEJ
Poszedł Maciej nad Wiar, zarzucił więcierze w wartki nurt i czekał, jak co wieczór, by złowić rybę . W chacie na wieczerzę czekała gromadka dzieci. Wiosna tego roku, jak wiele poprzednich, była ciężka. W skrzyniach zabrakło już ziarna na chleb , a do nowych zbiorów jeszcze trzeba długo czekać. Noc była widna , księżyc wychylił swą bladą tarczę zza drzew i nadbrzeżnych wiklin i odbijał się w falach rzeki.
Nagle rybak usłyszał dziwne głosy. Ukrył się w zaroślach i z niepokojem spoglądał na przeciwległy brzeg. W poświacie księżyca dostrzegł jeźdźców na koniach . Byli ubrani w skórzane kaftany, na głowach mieli spiczaste czapki, na plecach łuki i kołczan ze strzałami. Z przerażeniem pomyślał, że to Tatarzy, którzy nieraz już napadali na te ziemie. Przeprawili się przez rzekę i ruszyli w stronę Kormanic. Ilu ich było, trudno zliczyć. Kiedy zniknęli, było już prawie widno. Wystraszony, zziębnięty Maciej pobiegł w stronę wsi, by ostrzec mieszkańców i ukryć rodzinę. Ale oddziały tatarskie ominęły Sierakośce i podążały w stronę Przemyśla , który był ich celem.
Następnego dnia na polach pod Kormanicami doszło do wielkiej bitwy. Drogę najeźdźcom zagrodziło pospolite ruszenie mieszczan przemyskich, którymi dowodził o.Krystyn Szykowski z klasztoru franciszkanów. Walki trwały cały dzień i zakończyły się zwycięstwem Polaków. Przed wieczorem mieszkańcy wsi ujrzeli uciekających w popłochu Tatarów. Nieduży oddział jechał jednak z wolna i zatrzymał się niedaleko dworu w Sierakoścach. Tu najeźdźcy rozbili obóz i przez całą noc słychać było ich głosy, rżenie koni i dziwna krzątaninę. Nikt z mieszkańców nie odważył się zakraść bliżej tatarskiego obozowiska. Dopiero rankiem okazało się, że w miejscu tym znajdował się wysoki kopiec. Wieśniacy zastanawiali się, co to może być. Dopiero później dowiedzieli się, że tu Tatarzy pochowali swego wodza, a usypany kopiec był oznaką czci dla poległego dowódcy. Z daleka omijano to miejsce. Z czasem wyrosły na nim drzewa i krzewy. Tylko nieliczni mieszkańcy pamiętają, że miejsce to nazwano Tatarską Mogiłą.
Opracowanie: Maria Ryzner-Feduniewicz i Wiesław Feduniewicz
ilustracje: Barbara Bąk